fantastyka

Edward Guziakiewicz • Syreny z Cat Island


Rozdział czwarty
fragment

N

ie opuszczało go wrażenie, że utknął na gigantycznym planie horrendalnie drogiej produkcji filmowej. Panował dzień, choć nie było widać błękitu nieba ani słońca. Stał we wnętrzu sześcianu, niby to akwarium, którego bok liczył około kilometra. Na wszystkich ścianach, również tej nad nim, rysowały się nieregularne połacie lądu, pełnego półwyspów i zatok. Jego otoczenie było jednak zbyt prawdziwe, by mógł uznać, że ma przed sobą plastikowo-papierowe rekwizyty. Ktoś przeniósł tu wycinek morskiego krajobrazu z jego planety, bezbłędnie rozpisując ten budulec na sześć połączonych ze sobą segmentów, wyposażonych we własne systemy grawitacyjne.

Udał się za młodymi trollami. Dziewczynki pobiegły w stronę parterowego pawilonu o kremowych ścianach, krytego płaskim szarym dachem. Nie miał zresztą wyboru, bowiem brzegiem plaży galopowały dwa centaury i przestraszył się, że trafił na strażników, polujących na kosmicznego rozbitka.

Dotarł do krawędzi segmentu. Uniósł ręce, chcąc się uchwycić rysującego się ponad jego głową występu i nagle poczuł, że akwarium się obraca. Upadł na znajdującą się przed nim trawę. Płaszczyznę, którą opuścił, miał teraz za sobą, sterczącą pionowo w górę. „Możesz sobie chodzić po ścianach, a nawet po suficie, a i tak stąd nie wyjdziesz!” — przypomniały mu się gorzkie słowa zdeprawowanego kumpla ze szkolnej ławy, skazanego za gwałt na trzynastolatce i przeszyła go myśl, że znalazł się w stworzonym przez kosmitów wyrafinowanym więzieniu.

Dopiero w tym momencie pojął, że się boi. Nogi się pod nim ugięły. Zabrnął jednak za daleko i nie mógł się tchórzliwie wycofać.

Nie udało mu się zajrzeć do kremowego pawilonu i bezpiecznie skryć pod jego dachem. Był już na stopniach szerokich schodów i usłyszał roześmiane dziewczęce głosy, gdy niespodziewanie wyczuł, że stał się obiektem czyjegoś niezdrowego zainteresowania. W przestrzeń sześcianu wdarło się coś obcego. Gwałtownie pociemniało. Z przerażeniem się obejrzał. Kotłująca się, gęstniejąca chmura burzowa zbliżała się i rosła przed nim jak zaczarowana, nie wróżąc niczego dobrego.

— Czego tu szukasz, smarkaczu z Gei? — zagrzmiało z obłoku.

Sterczał tam jak głupi, zasłaniając rękami przyrodzenie. Poczuł na swym ramieniu delikatną kobiecą dłoń, która pchnęła go do przodu. Odniósł wrażenie, że ktoś niewidzialnie stojący za nim pragnie dodać mu otuchy.

Chcąc nie chcąc, zszedł po schodach. Z chmury wyłoniła się zagniewana twarz. Przybyły szukał dla siebie właściwych kształtów i przed pobielałym z przerażenia Patrickiem przewinęły się pyski potworów, jakich nie powstydziliby się najlepsi producenci horrorów. Wreszcie kosmita przyjął postać ziemskiego starca z białą brodą, żywcem jak w końcowych kadrach filmu „Moja macocha jest kosmitką”.

Postanowił wziąć się w garść.

— Chcę Athenais! — płaczliwie krzyknął do matuzalema.

Obcy zmierzył go niechętnym spojrzeniem, zdającym się sypać skry.

— Nie przeciągaj struny, zarozumiały gówniarzu! — prychnął w odpowiedzi. — I czego jeszcze?

Spoglądał na niego spod krzaczastych brwi jak surowy sędzia podczas rozprawy. Na życzliwą ławę przysięgłych nie było tu miejsca.

— Niczego. Pragnę tylko, aby Athenais była moją żoną! — powtórzył z uporem, a jego drżący głos wydawał się powoli nabierać siły.

Starzec zaklął w sposób nie licujący z jego godnością i wiekiem. A potem ponuro zarządził:

— Zmiataj stąd. I to szybko!

Kręcąca się trąba wodna porwała Patricka, unosząc go ze sobą. Znowu zawisł w czarnej czeluści, pozbawiającej go wrażeń. Potem na nowo otaczała go woda. Ta sama siła wypchnęła go na powierzchnię.

Złapał oddech, rozglądając się rozpaczliwie. Świeciło żółte słońce, a jego ponton łagodnie kołysał się w pobliżu, przyczepiony do pomarańczowej boi. Odesłano go do Płycizny Syren.

— Jakie chamy!.. — jęknął z żalem.

Czuł się tak, jakby trafił nie na tę dyskotekę, co trzeba i dostał kopa w tyłek od rosłego bramkarza. Roztrzęsiony wdrapał się na ponton. (...)


Strona 4 z 5     0 1 2 3 4 5 ^