fantastyka

Edward Guziakiewicz • Syreny z Cat Island


Rozdział piąty
fragment

P

chał wózek z zakupami, rozglądając się i medytując nad listą wiktuałów. Pierwszy raz zaopatrywał lodówkę dla dwóch osób. Jego starsza siostra mieszkała w Chicago, jej mąż miał tam dobrze płatną pracę, i kiedy ją ostatnio odwiedził, dał się wysłać do hipermarketu, ale dostał od niej kartkę ze szczegółowym spisem produktów. Ukłonił się uprzejmie Syrmeli, która przez kilka dni szlifowała jego grecki. Ta obrzuciła uważnym spojrzeniem towarzyszącą mu blondynkę, ale nie dała poznać, czy jest o nią zazdrosna. Jego modelka miała na sobie czarne getry, podkreślające kształtne biodra, żółty T-shirt i skąpą czarną kamizelkę. Chodziło mu po głowie, że muszą się potem wybrać do sklepu obuwniczego, by nie musiała poprzestawać na jednej parze czółenek. Oglądał w Internecie różne fasony: baletki, baleriny, botki, sandały, lakierki, nie mówiąc o adidasach. Był ciekawy, jak szybko Amanda nauczy się chodzić w szpilkach.

— Wiesz co, kochanie? Zajrzyj do działu z kosmetykami, może tam znajdziesz coś dla siebie — zasugerował ostrożnie. — Ja załatwię mięsny, a spotkamy się przy nabiale. I przy owocach.

— A gdzie to jest? — ciekawie zapytała.

— Pisze jak wół! — wskazał jej głową wiszący w oddali szyld.

Omiotła wzrokiem przestrzeń, jednak żaden napis nie przykuł jej uwagi.

— Sorry, już ci objaśniam — w jednej chwili się połapał. — Najpierw prosto do końca, a potem w lewo. Tu stoi wolny wózek.

— Musicie wszystko zapisywać, nie potraficie zapamiętać? — lekko fuknęła w swej obronie, czując, że ma jej to za złe.

Dopiero gdy dotarł do przelotu z artykułami nabiałowymi, zorientował się, jaki numer wywinęła. Nie pchała, ani nie ciągnęła wózka z zakupami. Sunął za nią sam jak wierny pies, mimo że nie miał napędu.

— Na litość boską — cicho jęknął. — Ludzie nie potrafią siłą woli przesuwać przedmiotów. Tu są kamery. Jak nas nakryją, zainteresuje się nami FBI…

Sprawdził, co wybrała, wnioskując, że pomogła jej ekspedientka lub jakaś klientka. Podkład do twarzy, róż do policzków, balsam do ciała, lakier do paznokci, szminka, szampon do włosów, chusteczki do nosa, tusz do rzęs i kilka innych drobiazgów… Nim podrzucili ją na Ziemię, musiała pewnie przejść błyskawiczny kurs przystosowawczy. Przekazali jej w największym skrócie, co powinna wiedzieć dbająca o swój wygląd młoda atrakcyjna kobieta.

— Monitoring? — czujnie zlustrowała sklepienie hali, ślizgając się wzrokiem po kolumnach i metalowych belkach. Dojrzał w jej oczach jakiś podejrzany błysk. — Nie martw się, nie ma sprawy! — odpowiedziała uspokajająco. Potem omal się nie poderwał z wrażenia, gdy zobaczył, jak jej zakupy same przeskakują do jego wózka.

Kiedy stanęli w kolejce do kasy, pojął, jaki figiel spłatała.

— Wysiadły kamery — niecierpliwie rzucił do kasjerki przechodzący w firmowym uniformie facet z obsługi. — Drugi raz w tym miesiącu…

— Złośliwość rzeczy martwych — ta skwitowała nie podnosząc głowy.

Amanda stała przy Patricku, cicha, oddana i łagodna jak owieczka. Była wręcz uosobieniem niewinności. Cała Celeste Martin z filmu „Moja macocha jest kosmitką”. Jego zdaniem Kim Basinger znakomicie się wcieliła w tę rolę.

„Co za sukinsyny? — z odrobiną żalu pomyślał, wykładając produkty na pas transmisyjny. — Zaadaptowali ją do życia w trzydziestym wieku, nie w dwudziestym pierwszym!” (...)


Strona 5 z 5     0 1 2 3 4 5 ^